„Rosół z kury domowej”, czyli lekarstwo na depresję od Nataszy Sochy

Rosół z kury domowej, to potrawa znana ze swojej mocy uzdrawiania i rozgrzewania… Nie bez powodu mówi się przecież, że „rozbieramy się jak do rosołu”, bo z góry wiemy, że zaraz zrobi nam się gorąco. Podobnie jest z najnowszą książką Nataszy Sochy, która sprawia, że robi się cieplej na sercu, a dusza nagle zdrowieje…

- Mężczyźni są dość prości. Kiedy dostają to, czego chcą, to już tego nie chcą.

- Aha – powiedziała Wiktoria – On chciał profesjonalnej obsługi domu.

- Myślę, że w pani przypadku dostał nawet więcej, niż oczekiwał. A wtedy uznał, że pora na zmianę. To naturalna kolej rzeczy. Wyhodował tytanową kurę domową. Z jednej strony w końcu mu się znudziła, a z drugiej zaś wystraszył się, że zostanie zadziobany pani perfekcyjnością.

A na okładce autorka!

A na okładce autorka!

Rosół z kury domowej jest moim zdaniem książką niezwykle prawdziwą i dającą do myślenia. Opowiada bowiem o kobietach, które poświęciły się dla rodziny – prały, zmywały, gotowały, sprzątały, polerowały, czyściły, odkurzały, piekły, a do tego zajmowały się dziećmi i ogrodem, ale… Zapomniały zupełnie o sobie! Przeraziło mnie to, jak szare i bezbarwne musiało być ich życie – zwłaszcza tych bezdzietnych, które czekały na mężusia (z gazetką i trzydaniowym obiadem), w sterylnie czystym domu! Same w czterech ścianach przez cały dzień, bez hobby, bez przyjaciółek, ale za to z domem, który wymagał ich sprawnej ręki kury domowej. Przeraża mnie to do głębi, bo sama interesuję się milionem rzeczy i potrzebuję często czasu tylko dla siebie. Muszę czuć się wolna – móc wyjść, kiedy chcę, spędzić czas w teatrze, kinie albo chociażby w parku! Nie wyobrażam sobie tego, że mogłabym zrezygnować nie tylko z moich zainteresowań, ale również ze spotkań ze znajomymi. Zastanawiam się, czy coś takiego jest w ogóle możliwe – oddać siebie w całości mężowi i poddańczo spełniać jego zachcianki. Jest to dla mnie niemalże równoznaczne ze sprzedaniem duszy diabłu! Nic dziwnego, że te kobiety czuły się szare i odrzucone, skoro nie miały skąd czerpać radości…

 

Tresura żony jest bardzo podobna do tresury psa. Metodą kar i nagradzania należy wymusić posłuszeństwo i wyeliminować warczenie na pana oraz wszelkie przejawy dominacji. Doprowadzić do stanu, w którym żona bez mrugnięcia okiem będzie wykonywać polecenia typu „siad”, „waruj” lub „biegaj na rozkaz”. Po kilku miesiącach tresury powinna też na zawołanie przychodzić do nogi opiekuna i pozostawać bez przewodnika w żądanej pozycji. Może też się czołgać.

 

Pierwszą wytresowaną kurą, którą poznajemy jest Wiktoria – szczęśliwa żona Tymona, który zrobił sobie z niej najprawdziwszą w świecie służącą. Nieprzytomnie zakochana dziewczyna, uwiedziona romantyzmem i czułymi słówkami przystaje na propozycję męża i rezygnuje z poszukiwania pracy po studiach… Zamiast zostać architektem i projektować ludziom domy, doprowadza swój własny dom do perfekcji. Jej sposób organizacji czasu wprawiał mnie w osłupienie i przerażenie – ta kobieta na wszystko miała gotową odpowiedź, a w sumiennym dbaniu o dom o stokroć przewyższa znaną nam z telewizji Perfekcyjną Panią Domu. Wszystko błyszczy i pachnie, z kuchni wychodzą coraz bardziej wykwintne dania, a mąż mimo tego znajduje nową zabawkę! Inteligentną, niezmiernie elokwentną, nieprzewidywalną i zupełnie nie potrafiącą gotować…

I w tym właśnie momencie Wiktoria zostaje na lodzie – mąż daje jej parę groszy na życie, bo przecież to on na wszystko zarabiał, a ona ucieka od dręczących ją wspomnień i zmartwień do swojej ciotki mieszkającej w Niemczech… Czy znajduje tam ukojenie? Tak! Wiktoria ma bowiem niesamowite szczęście! Trafiło się ślepej kurze ziarno, gdyż odnalazła tam nie tylko spokój ale również wspaniałe przyjaciółki (Leę, Judith, Marę), które borykają się z podobnymi problemami. Niestety, przed ślubem nasze bohaterki były ślepe jak kury po zmierzchu i nie dostrzegały wad swoich partnerów… Ale o tym dowiecie się już bezpośrednio od nich!

Z psychologicznego punktu widzenia do wielkiej zmiany gotowi są ludzie elastyczni, o dużych zdolnościach adaptacyjnych, optymiści mający poczucie własnej wartości i potrzebę sukcesu. Oni nie patrzą w kategoriach wielkiej porażki – raczej wyzwania, możliwości rozwoju i ewentualnego sukcesu. Na drugiej szali znajdują się ci, którzy rozsmakowali się w bezradności i zgorzknieniu. Tymczasem Wiktoria utknęła gdzieś pomiędzy. Jej życie było nudne i podświadomie chciała zmiany, jednocześnie jednak było bezpieczne, więc nie planowała niczego zmieniać. Nie czuła się ani elastyczna, ani optymistyczna. Nie widziała żadnych szans na sukces, tylko sromotną porażkę, jaką poniosła w roli żony. Czuła, że jej ciało wydziela zapach wstydu.

Natasza Socha znów mnie zachwyciła swoją elokwencją, lekkim piórem, umiejętnością pisania o trudnych sprawach z przymrużeniem oka. Ta autorka na pewno nie pisze jak kura pazurem – jest niczym najlepszy skryba i obserwator  polskiej, często szarej i ponurej rzeczywistości. Dodatkowo swoją książkę znów wzbogaca wiedzą (jak w Maminsynku). Tym razem wiedza dotyczy: organizacji prac związanych z domem, gotowaniem i mechanizmami psychicznymi, które sterują naszym postępowaniem. Już teraz wiem, że jestem zupełnie niezorganizowaną i działającą chaotycznie gospodynią… Dowiedziałam się jednak z książki co robię źle i czym należy spierać plamy ze szpinaku, krwi, owoców czy nawet wina! Cóż – człowiek uczy się przez całe życie, a Natasza Socha z każdą stroną mnie dokształca, za co serdecznie dziękuję!

Jest jeszcze jedna rzecz, która jednocześnie zachwyca i bywa przykra… Kiedy zaczęłam czytać książkę (na telefonie, od razu po dostaniu maila) siedziałam na przystanku autobusowym i umierałam z głodu. Natasza Socha była jednak bezlitosna i opisywała liczne smakołyki lepiej niż Maciej Kuroń, Okrasa i Pascal razem wzięci… Ślinka ciekła, kiszki marsza grały, głodny żołądek przyklejał się do kręgosłupa, ale czytałam dalej – najadając się zachwytem. Rosół z kury domowej jest więc niezwykle apetyczną książką – niewskazaną dla ludzi głodnych bądź będących na diecie. Warto przy tym wspomnieć, że autorka jest współautorką kulinarnego bloga – chilifiga.pl.


Rosół z kury domowej nie da wam zasnąć i zmusi do przeczytania do końca! Obawiam się również, że mężowie tych kur domowych, które przeczytają książkę (i wyciągną z niej słuszne wnioski), powinni spodziewać się domowej rewolucji! Jeżeli zaobserwujemy teraz w Polsce nową falę rozwodów, to odnalezienie przyczyny nie będzie zbyt trudne…

Książka uczy bowiem, że każda z nas jest piękna, wartościowa i ma prawo do własnych marzeń, potrzeb, a nawet słabości!

Autorka zwraca również uwagę na szalenie istotną rzecz, którą jest strach kobiet przed samotnością… Skoro bowiem kury domowe zerwały kontakty ze znajomymi, aby w pełni oddać się mężom, to nagle, poza nimi, nie mają nikogo bliskiego! Boją się zatem podjąć decyzję o rozwodzie, aby później nie tylko nie zostać samotnymi istotami, ale również nie narażać siebie na nieprzychylne słowa społeczeństwa… Nie da się przecież ukryć, że każdy jest w takiej sytuacji najmądrzejszy i dziwi się: „jak ona mogła mu to zrobić, skoro całe życie ją utrzymywał, dawał dach nad głową, a ona miała TYLKO zajmować się domem!”

Tym właśnie została ciocia Hennelowe po rozwodzie. Samotną napaloną babą. Wyjątkowo nieapetyczne podejście do rozwiedzionych kobiet. I dlatego wiele mężatek nadal wychodzi z założenia, że lepiej jest czasem znosić pochrząkiwanie i bekanie poślubionego knura, niż narazić się na społeczny ostracyzm.

W całej powieści przyglądamy się procesowi ukurzenia żon (Ukurzenie, to proces przemiany normalnej kobiety w domowe ptactwo. Proces celowy, ale na szczęście odwracalny), a później ich stopniowemu odkurzaniu… Postacie są tutaj niezwykle wiarygodne i od razu wzbudziły moją sympatię i współczucie. Czułam się tak, jakbym je osobiście poznała i z całego serca próbowałam pomóc we wcześniej wspomnianym odkurzaniu! A czy uda im się zrzucić kurze piórka i znów stać się kobietami, pełnymi marzeń i własnych pragnień? Sprawdźcie same.

Ta książka dosłownie hipnotyzuje i mocno potrząsa czytającą ją kobietą… Uważam, że Rosół z kury domowej powinien być przepisywany jako lek na kobiecą depresję, zmartwienia i brak pewności siebie! Ja po tej książce poczułam się po prostu… piękniejsza. I jestem przekonana, że jeszcze nie raz wrócę do tej lektury i przypomnę sobie zawartą w niej mądrość.

Wiele jeszcze mogłabym opowiadać o tej książce i mądrości, którą niesie. Po co mam Wam jednak psuć zabawę? Przeczytajcie i wyciągnijcie własne wnioski – naprawdę warto!

 

Za możliwość przeczytania tej książki jeszcze przed premierą bardzo serdecznie dziękuję autorce… To była dla mnie czysta przyjemność :)

 

  • Autor: Natasza Socha
  • Tytuł Oryginału: Rosół z kury domowej
  • Gatunek: powieść, literatura kobieca
  • Język Oryginału: Polski
  • Liczba Stron: 303
  • Rok Wydania: 2015
  • Numer Wydania: I
  • Wydawca: Wydawnictwo Pascal
  • Oprawa: Miękka
  • Miejsce Wydania: Warszawa
  • Ocena:  6/6

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii humor, literatura kobieca, polscy autorzy i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „„Rosół z kury domowej”, czyli lekarstwo na depresję od Nataszy Sochy

  1. Twój bardzo dobry tekst ląduje oczywiście w zestawieniu konkursowym, dzięki za zgłoszenie ;)

  2. ~Helena pisze:

    Temat opisany idealnie

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>